czwartek, 4 lipca 2013

"Kobieta w klatce", czyli jak pokonać strach?

Tajemnicze zniknięcie młodej parlamentarzystki, niewyobrażalne cierpienie ofiary zamkniętej w klatce i z pozoru bezsensowne śledztwo po latach – tak można opisach powieść Jussiego Adlera-Olsena.

Jak wiadomo, pierwsze 24 godziny od momentu zaginięcia osoby są najważniejsze. Po tym czasie coraz trudniej jest ją odnaleźć. Prawdopodobieństwo maleje z każdym dniem, tygodniem, miesiącem... Czy w takim razie możliwe jest wyjaśnienie czyjegoś tajemniczego zniknięcia po 5 latach, gdy wszelkie ślady zostały już dawno zatarte? Brzmi niewiarygodnie. Jednak właśnie z takim przypadkiem musi zmierzyć się Carl Mørck, detektyw po przejściach, którego szefowie chcą się pozbyć z oczu, nawet za cenę utworzenia specjalnego wydziału, którym będzie dowodził.

Otóż w 2002 roku z pokładu promu płynącego do Berlina zniknęła Merete Lynggaard, piękna, młoda i przebojowa parlamentarzystka. Śledztwo stanęło w martwym punkcie, a do akt wpisano "nieszczęśliwy wypadek". Musiało minąć 5 lat, by ktoś ponownie zajął się tą sprawą. A konkretnie Departament Q, nowo utworzony wydział policji kryminalnej w Kopenhadze z Carlem Mørckiem na czele.

Jak można się domyślić, to właśnie Merete jest tytułową kobietą w klatce. Jussi Adler-Olsen opisuje niewyobrażalne cierpienia ofiary, która początkowo żyje w zupełnej ciemności. Dopiero na urodziny dostaje nietypowy prezent od sprawcy porwania światło. Długie zamknięcie powoduje depresję, a co za tym idzie – myśli samobójcze, ale także przemożną chęć wydostania się z więzienia. Tylko czy jest to możliwe? I dlaczego znalazła się w takim żałosnym położeniu?

Muszę przyznać, że trudno mi zakwalifikować tę książkę do konkretnego gatunku. Na okładce widnieje "thriller", ale nie jestem przekonana. Gatunek ten kojarzy mi się z napięciem, dreszczykiem emocji, walką z czasem. Jak mawiał Alfred Hitchcock, mistrz suspensu film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. "Kobieta w klatce" spełnia po części tę zasadę. Na początku autor serwuje nam "trzęsienie ziemi" w postaci mocnego opisu. Palce miała całe we krwi od drapania w gładkie ściany, a od walenia pięściami w grube szyby straciły czucie w dłoniach. Co najmniej dziesięć razy pochodziła po omacku do stalowych drzwi, wsuwała paznokcie w szczelinę i szarpała, ale drzwi były niewzruszone, a ich krawędź ostra. Jednak potem emocje trochę opadają, przynajmniej na jakiś czas. Dlatego bardziej skłaniałabym się za powieścią kryminalną. Jest detektyw, tajemnicza zagadka kryminalna sprzed lat oraz drobiazgowe dochodzenie. Czytelnik może poznać krok po kroku, jak zdobywane są nowe fakty w sprawie.

Motyw rozwiązywania niewyjaśnionych spraw sprzed lat skojarzył mi się z serialem "Dowody zbrodni" o zespole detektywów z filadelfijskiej policji. Ale to jedyne podobieństwo. W Departamencie Q nie ma żadnego zespołu - jedynie Carl Mørck i jego asystent Assad, który jest muzułmaninem. Mørck w moim odczuciu jest trochę irytujący. Zachowuje się, jakby pozjadał wszystkie rozumy. Początkowo nie chce zapoznać się z policyjnym raportem, przez co podczas przesłuchiwania świadków, rzuca się na żywioł. Nawet jego pomocnik z przypadku zna więcej faktów dotyczących porwania Merete Lynggaard. Mørck ma za to żądania, własny samochód i kilku policjantów, najlepiej z prawem jazdy. Ale to jest celowy zamysł autora.

Wydarzenia pokazane są z dwóch perspektyw czasowych. Jedna dotyczy policyjnego śledztwa (czasy teraźniejsze), druga - traumatycznych przeżyć Merete Lynggaard, które nastąpiły po porwaniu (w formie retrospekcji). Moim zdaniem jest to dużym atutem powieści. Pozwala spojrzeć na sytuację w szerszym kontekście. Poczuć emocje towarzyszące Merete i jednocześnie zobaczyć poszukiwania prowadzone przez Carla, który jest niezłomny w dojściu do prawdy.

Książka ma także drugie dno. Można powiedzieć, że każdy z bohaterów znajduje się w pewnym sensie w "klatce". Stanowią ją ich ograniczenia – spowodowane traumatycznymi przeżyciami, niechcianymi wspomnieniami, chorobą, uczuciem rozpaczy czy strachu. Także Merete żyła w klatce jeszcze przed uwięzieniem. Niewielu będzie za mną tęsknić – pomyślała. Uffe, tak. On na pewno będzie tęsknił. Biedny, biedny Uffe. Ale też nigdy nie pozwoliła nikomu oprócz niego tak bardzo zbliżyć się do siebie. Odcięła się od innych i zamknęła w sobie jak w klatce.

"Kobieta w klatce" jest napisana lekkim językiem i czyta się ją w miarę szybko. Początkowo trochę trudno wciągnąć się w tę historię. Może dlatego, że detektyw mało interesuje się śledztwem. Myśli tylko o tym, jak to zrobić, by się zbytnio nie napracować. Jednak z biegiem stron cierpliwość czytelnika zostaje nagrodzona. W chwili, gdy Carl bierze sobie do serca tę sprawę, akcja staje się wartka i nie brakuje w niej nagłych zwrotów. W dodatku, jak na dobry kryminał przystało finał jest zaskakujący.

Na zakończenie dodam, że nie mam zbyt dużego doświadczenia ze skandynawskimi kryminałami, choć o kilku pisarzach słyszałam wiele dobrego. Poznałam jedynie Norweżkę Anne Holt ("Materialista") oraz Szwedkę Carin Gerhardsen ("Domek z piernika"). Teraz z kolei przyszedł czas na Duńczyka Jussiego Adlera-Olsena. Po lekturze jego "Kobiety w klatce" doszłam do wniosku, że muszę przeczytać więcej książek skandynawskich autorów, bo jak na razie się na nich nie zawiodłam. Książkę polecam miłośnikom powieści kryminalnych, nie tylko z tego regionu Europy.

Jussi Adler-Olsen (ur. 1950) [właściwie Carl Valdemar "Jussi" Henry Adler-Olsen] jest duńskim pisarzem. Zanim zaczął pisać, był harcerzem, gitarzystą rockowym, redaktorem encyklopedii, operatorem, kompozyto­rem i scenarzystą filmowym, twórcą i popularyzatorem komiksów oraz wydawcą. Zadebiutował w 1997 roku powieścią "Alfabethuset". Jednak największą popularność przyniosła mu seria o Departamencie Q. W Polsce ukazały się dwie pierwsze jej części – "Kobieta w klatce" oraz "Zabójcy bażantów", których chciałabym przeczytać.









Autor: Jussi Adler-Olsen
Tytuł: "Kobieta w klatce"
Ilość stron: 416
Oprawa: miękka








Książka przeczytana w ramach wyzwań:

Czytamy kryminały (kryminał skandynawski)
Pasionkowe Wyzwanie Czytelnicze (kryminał)
Pod hasłem (homo sapiens)
Trójka e-pik (literatura skandynawska)
Z literą w tle (autor na A/B)





Recenzja zgłoszona do wakacyjnego konkursu dla syndykalistów na najlepszą zbrodniczą recenzję lata 2013.



18 komentarzy:

  1. Lektura sprzed paru lat, właśnie na fali kryminałów skandynawskich ;) dla mnie uplasowała się w ocenie całkiem dobra, ale nie tak olśniewająca jak sporo innych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie najbardziej ze skandynawskich podobał się "Domek z piernika". Ale ten też był dobry, nie genialny, ale dobry :)

      Usuń
  2. Zdarzało mi się z doskoku oglądać "Dowody zbrodni". Lubię ten serial. Książkę też bym chciała przeczytać, ze względu na tę całą ścieżkę dochodzenia do rozwiązania, ze względu na to, że to kryminał skandynawski (lubię!) i że to w ogóle kryminał. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja widziałam chyba ze 2 odcinki przez przypadek. Na początku myślałam, że oglądam "Bez śladu". Ale podobał mi się, tylko nie miałam wtedy czasu na kolejny serial ;) Cieszę się, że Cię zachęciłam :)

      Usuń
    2. To pewnie przez te blondynki. Mogą się pomylić. :D

      A mi się skończył "Hannibal" i teraz cierpię okrutnie. Jak się ogląda jeden serial przez wiele miesięcy, a nawet czasami lat ("Hausa" oglądałam ze trzy), to ciężkow ybrać następny. :P

      Usuń
    3. Właśnie przez te blondynki mi się pomyliło. Parę lat temu znajomy mi powiedziała, że mu się podoba blondynka z "Bez śladu" i specjalnie obejrzałam, tyle że "Dowody zbrodni" :P

      Ja House'a oglądała przez net, więc poszło szybko. W kilka miesięcy wszystkie serie. Teraz nie mam za bardzo czasu na seriale, choć czekają niedokończony "Dexter" i "Dawno dawno temu". Hannibala nie chcę nawet zaczynać, bo wiem, czym to grozi. Polecam Ci "Trupią farmę" oraz "Zagadki kryminalne panny Fisher" - są na iitv.info ;)

      Usuń
  3. Czyli że nic od Nesbo jeszcze nie czytałaś? :(
    Polecam serdecznie, bo jeśli chodzi o skandynawskie kryminały to chyba jest on jednym z najlepszych pisarzy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie zgłębiałam brytyjskie kryminały retro ;) Skandynawskie przeczytałam dopiero te dwa. Natomiast czekają na półce "Łowcy głów" Nesbo, "36 tydzień" Sarenbrant oraz "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Larrsona. ;)

      Usuń
  4. Nie wydaje mi się ze książka przypadałaby mi do gustu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli nie gustujesz w kryminałach, to z pewnością nie ;)

      Usuń
  5. Lubię takie książki, fajny wpis:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To przeczytaj, emocje gwarantowane. Dzięki :)

      Usuń
  6. Koniecznie musisz przeczytać Millenium Larssona! Co prawda ma on inny styl niż np. Nesbo - niekiedy bardzo "suchy", ale też konkretny, świetnie kieruje akcją, parę dni temu ślęczałam cały dzień nad III tomem, bo nie mogłam się oderwać.
    Nie wyobrażam sobie zaginięcia bliskiej mi osoby i tej cholernej nieświadomości, co się z nią stało. A zamknięta w ciemnościach - szybko dostałabym zawału ze stresu, przerażenia i byłoby po sprawie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że muszę. Mam nawet pożyczoną pierwszą część. Tylko nie mam kiedy jej przeczytać ;) Na razie zajmę się Nesbo.

      Dlatego lepiej o tym nie myśleć. Na szczęście to tylko fikcja literacka :)

      Usuń
  7. Literatura skandynawska to dla mnie do tej pory niezgłębiona kraina, do której powinnam się w końcu udać.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zaintrygowałaś mnie tą powieścią. Czytałam już thrillery, w których akcja toczyła się równolegle w dwóch perspektywach czasowych i bardzo lubię taki zabieg.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie książka ta powinna Ci się spodobać :)

      Usuń

Po przeczytaniu wpisu zostaw swój ślad (najlepiej bez adresu swojego bloga!). Dziękujemy za każdy komentarz :)