piątek, 19 kwietnia 2013

Kto otrzyma "Polisę śmierci"? Recenzja powieści Robina Cooka

Czym są indukowane pluripotencjalne komórki macierzyste? Jak mogą one pomóc w leczeniu śmiertelnych chorób? I co mają z tym wspólnego polisy ubezpieczeniowe? Odpowiedzi na te pytania znajdują się w powieści "Polisa śmierci" Robina Cooka.

Główną bohaterką jest ambitna studentka medycyny Pia Grazdani, która współpracuje z Tobiasem Rothmanem, wybitnym genetykiem molekularnym Centrum Medycznego Uniwersytetu Columbia. Przeprowadzane tam badania mogą zapewnić tanie narządy do przeszczepów i pomóc milionom ludzi na świecie, nawet tym śmiertelnie chorym. Zaledwie niewielki krok dzieli naukowców od sukcesu, czyli przeszczepiania organów wyhodowanych z komórek macierzystych. Z pewnością byłaby to rewolucja na gruncie opieki zdrowotnej.

Niestety wkrótce w wydawałoby się bezpiecznym biolaboratorium dochodzi do tragicznego wypadku, w wyniku którego giną Rothman i jego asystent. Powstaje pytanie, czy rzeczywiście był to nieszczęśliwy wypadek czy zaplanowane działanie? Pia nie wierzy w zbiegi okoliczności, dlatego postanawia za wszelką cenę poznać prawdę. Nie wie, że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo...

Robin Cook świetnie scharakteryzował postać Pii. Najważniejsze są dla niej studia i wymarzona praca u boku profesora Rothmana. Wszystko inne schodzi na dalszy plan. W tym jej dość skomplikowane relacje z Georgem. Podczas, gdy on jest zakochany po uszy, ona trzyma go na dystans. Traktuje go bardzo przedmiotowo – szybki seks i do widzenia. Nie potrafi stworzyć prawdziwego związku. Spowodowane jest to jej trudnym dzieciństwem. Miejscami czytelnik zaczyna jej współczuć. Jednak w większości przypadków jest dość irytująca, gdy się tak ciągle wymądrza.

Cook pokazuje przerażającą wizję świata, w którym liczą się pieniądze, a nie ludzkie życie i zdrowie. Czytelnik zaczyna zastanawiać się, czy takie rzeczy naprawdę mogą mieć miejsce. Choć wprowadzonych jest wiele terminów medycznych, to autor wyjaśnia je w przystępny sposób, tak by nawet laik zrozumiał. Po każdej książce czuję się bogatsza o nową wiedzę. Przedstawione przez niego informacje są wiarygodne, gdyż Cook jest z zawodu lekarzem.

Powieść czyta się jednym tchem, dzięki lekkiemu językowi i opisanej historii, która trzyma w napięciu do ostatniej strony. Jak na dobry thriller przystało, nie brakuje w nim nagłych zwrotów akcji i zaskakującego zakończenia. Polecam tę książkę miłośnikom kryminałów, thrillerów medycznych i fanom Robina Cooka. A także osobom, które chcą dopiero rozpocząć swoją przygodę z tym autorem.

Robin Cook ostatnio postawił głównie na cykl o Laurie Montgomery i Jacku Stapletonie, parze patologów z Zakładu Medycyny Sądowej Miasta Nowy Jork. Zdążyłam już polubić tych sympatycznych bohaterów, którym wciąż trafiają się na trudne do rozwikłania zagadki medyczne. Dzięki dokładnym opisom przeprowadzanych przez nich sekcji zwłok, można się było dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Dlatego trochę zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że w "Polisie śmierci" odkrywają oni drugoplanową rolę. Nie zmienia to jednak faktu, że książka bardzo mi się podobała.

Warto wspomnieć, że na wspomniany cykl składają się następujące powieści: "Oślepienie", "Zaraza", "Chromosom 6", "Nosiciel", "Marker", "Kryzys", "Czynnik krytyczny", "Ciało obce", "Interwencja" oraz "Niebezpieczna gra".


Więcej o tym niezwykłym pisarzu w moim artykule.






Autor: Robin Cook
Tytuł: "Polisa śmierci"
Ilość stron: 464
Oprawa: miękka





Książka przeczytana w ramach wyzwań:

Pochłaniam strony, bo kocham tomy!!!!
Z półki



10 komentarzy:

  1. Z miejsca obuchem w łeb :P "indukowane pluripotencjalne" uhh :P I zapomniało Ci się - "która współpracuje z , " A do co książki, to widać, że lubisz Cooka :) Ja czytałam jedną, góra dwie jego książki dawno temu, i podobały mi się, ale jakoś od tamtej pory nie było okazji. Z pewnością jednak do niego wrócę :) Może i sięgnę po "Polisę śmierci", jakoś mnie te indukowane pluripotencjalne komórki macierzyste intrygują ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było zamierzone działanie, chciałam zaintrygować tymi komórkami :p Bardzo lubię Cooka, czytałam prawie wszystkie jego książki. :) Dzięki, już poprawiłam :)

      Usuń
  2. Coś dla mnie, bo lubię thrillery medyczne. Recenzja bardzo rzeczowa.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, starałam się zachęcić czytelnika, jednocześnie za dużo nie zdradzając :)

      Usuń
  3. Indukowane co? :P
    Tych terminów to się nieco boję. Kompletnie nie trzymają się mojej głowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strach ma wielkie oczy :P A ja właśnie uwielbiam te terminy.
      Od jakiegoś czasu dochodzę do wniosku, że minęłam się z powołaniem. Powinnam zostać lekarzem, najlepiej chirurgiem :P

      Usuń
  4. Pluripotencjalne komórki macierzyste? Nie wiem co to znaczy, ale jak dla mnie brzmi za mądrze. Chyba nie zdobędę się na tak wielki i heroiczny akt, jak sięgnięcie po tę książkę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zrażaj się, to tylko tak mądrze brzmi :P

      Usuń
  5. Myślę, że przeczytam, jeżeli natrafię na nią w bibliotece. Po lekturze "Dewiacji" postanowiłam zapoznać się z większością książek Cooka, a te indukowane plu-cośtam komórki mnie zaintrygowały. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super, to się cieszę. :) Myślę, że powinna być, biblioteki są raczej na bieżąco z książkami Cooka. Przynajmniej te warszawskie :)

      Usuń

Po przeczytaniu wpisu zostaw swój ślad (najlepiej bez adresu swojego bloga!). Dziękujemy za każdy komentarz :)